piątek, 26 września 2014

Matka w pracy.

Minęły 3 tygodnie odkąd matczysko wróciło do pracy. 
Nie żeby na trochę, jakoś stopniowo, na próbę czy coś. 
To by było nie w moim stylu...
Wróciło tak po całości, na etat pełen i to chyba nawet zbyt pełen...
Tak gwoli ścisłości nie wróciło, a do pracy poszło. Bo praca nowa całkiem i wszystko całkiem nowe.
Zatem z grubej rury i na głęboką wodę.

I żyję od 3 tygodni w jakimś matrxie jak boga kocham, bo dni się zlewają w jedno, a ja lawiruję między dwoma światami nie ogarniając żadnego z nich. 

A miało być pięknie, wiecie...?

Oczami wyobraźni widziałam się w roli "matki idealnej", która to spędziwszy większość dnia w pracy, po powrocie znajduje czas na zabawy z dziećmi, sprzątanie, gotowanie, męża, sport i jeszcze pisanie bloga.

Taaaa... 

 No to albo to jest jakaś kosmiczna ściema albo zdecydowanie daaalekooo mi do "matki idealnej". 
Po powrocie z pracy nie mam siły na nic. 
Sadzam tyłek na kanapie i jęczę, żem zmęczona. Resztki przyzwoitości nakazują mi zrobić dzieciom zupę raz na tydzień i wstawić 2 prania. Ewentualnie ze strategicznej pozycji siędząco-kanapowej komunikuję Mężowi co jest jeszcze do zrobienia, a na co ja już absolutnie nie posiadam sił (ps. Dzięki Kochanie!).

Każda doświadczona, pracująca matka Wam powie:
"To wszystko kwestia organizacji!"

Może.


Dla mnie z perspektywy tych 3 tyg to kwestia priorytetów.
Wyższe priorytetem jest wstawienie prania (coby mieć do pracy czyste skarpetki) niż wytarcie kurzu z szafki. 
Kurz nikogo chyba jeszcze nie zabił. Prawda...?

... i tu muszę Was przeprosić, bo z tego co napisałam powyżej wynika, że jesteście mało ważni ale wiecie jak jest. ...te czyste skarpetki... ;)

W każdym razie nie martwcie się za bardzo. Tak samo jak na bloga, brakuje mi też czasu na odpoczywanie, zmywanie, prasowanie, czytanie książek, spotkania z przyjaciółmi, fitness, bieganie i całą resztę wszystkiego, co robiłam przez ostatnie 4 lata.
Poza moimi Chłopakami ofkors.
Na nich znajduje siły nawet jak wracam do domu podpierając się nosem...

Ale to mi musicie wybaczyć. Im się nie da odmówić... :)



Tymczasem żyję nadzieją, że kiedyś może jednak zacznę ogarniać ten mój życiowy matrix i wtedy obiecuję, że znajdę więcej czasu na mojego kochanego bloga :)


5 komentarzy:

  1. Pewnie lada monety sie przyzwyczaisz:))) Czyli teraz tylko spacery w weekend???

    OdpowiedzUsuń
  2. No niestety :( Serio, w tygodniu ledwo ogarniam. Ale w weekendy jestem cała Wasza! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Początki zawsze są trudne, ale z czasem wszystko się unormuje ;-)
    Jesteś świetną mamą!;)

    OdpowiedzUsuń