piątek, 6 czerwca 2014

Odgrzewany kotlet- czyli refleksja z Dnia Matki.

Nigdy nie mogłam zrozumieć na czym polega fenomen przedstawień przedszkolnych.
Przecież to tylko banda gamoni, wychodzi na środek małej gimnastycznej salki i średnio składnie, raczej nie za równo, nie do końca zrozumiale coś tam recytuje i śpiewa...
I o co takie halo?
W dodatku ci rodzice siedzą zapatrzeni, filmy kręcą, zdjęcia robią, łzy się leją... 
Masakra nie?

No masakra. Przyznaję. Ale nie zgadniecie co robiłam w ubiegły czwartek!
Siedziałam na ławeczce, ze łzami w oczach, przylepionym głupawym uśmiechem i oglądałam przedszkolny występ!

Dopiero teraz zrozumiałam, że to w cale nie o przedstawienie chodzi, nie ważne kto, kogo gra, co śpiewa! Nie ważne nawet w sumie co te dzieciaki tam pod tymi nosami mamroczą! 

Sam fakt, że twoje własne (przed chwilą takie maleńkie przecież) dziecko, wychodzi na środek gimnastycznej salki (w jego perspektywie nie takiej znowu małej) i całe przejęte występuje przed widownią! 

Nie boi się, nie wstydzi. Nagle takie się wydaje duże, mądre i dorosłe...
...i ta świadomość, że twoje dziecko w trakcie występu tak naprawdę szuka oczu tylko mamy i taty bo to wszystko dla nich. To w tych oczach najbardziej w świecie chce zobaczyć radość i dumę... 
Reszta się nie liczy.

Rety, to pewnie brzmi jak gadanie potłuczonej, nawiedzonej matki ale to jest chyba taki rodzaj uczucia, które jesteś w stanie zrozumieć tylko, jeśli masz dziecko. 
W przeciwnym wypadku to straszny bełkot ;)

W każdym razie pierwszy przedszkolny Dzień Matki za nami! 
Chciałam Wam nawet wrzucuć zdjęcia ale chyba mi się nie chce pytać wszystkich rodziców czy mogę pokazać ich dzieci więc zdjęć nie będzie. 
Mogę Wam tylko zagwarantować, że na przedstawieniu Tymo spisał się jak prawdziwy bohater! :)










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz