czwartek, 27 marca 2014

Nic śmiesznego na stanie.

Dumam dziś od rana, co Wam tu napisać i nie wiem.
Pomysłów brak.
No chyba, żeby tak pomarudzić bo to, to ja mogę zawsze ale ile można...?

Patrzę więc na tego mojego Starszego Gamonia i tak sobie myślę:
"no weźże dziecko powiedz coś śmiesznego, przekręć jakieś słowo, pośpiewaj, potańcz... No cokolwiek to będę miała z bańki...!"

Ale nie. 
Mówić się nauczył ładnie, błędów robi co raz mniej, gadać mu się ze mną już z resztą nie chce... Bo ile można?!?
7 tydzień chorowania i siedzenia matką w domu to o czym tu z nią jeszcze gadać?

A matka marudzi. Jezu jak marudzi...
Aż wstyd!
Toż to przecie błogosławieństwo największe! Cud i miód, móc ze swoimi przecudnymi dziećmi być w domu i obserwować jak rosną, rozwijają się, bawią... Ach!
A te maleństwa takie niewinne, pachnące, gładkie i różowiutkie...! Jak tu się na nie złościć?

A ja się pytam jak ja mam się NIE złościć kiedy te śliczne, pachnące istotki właśnie użyły mojej szczoteczki do zębów w celu wyczyszczenia kół, bawiąc się w myjnie samochodową?

Jak rozłożyć siły kiedy jest się na nogach od 5:30 po nocy cogodzinnych wędrówek do dziecięcej sypialni...?

Jak zachować spokój zamiatając kuchenną podłogę, prawie w całości pokrytą rozsypaną przyprawą do ziołowego grilla?

Jak zimną krwią ściągać Młodszego Gamonia z parapetu co 5 minut...?

Jak nie podnieść głosu powtarzając 1578 raz, żeby wreszcie założyli skarpetki?


...i marzy matczysko tylko o chwili dla siebie. 
Bo o dniu bez dzieci to się nawet boi marzyć.

Ale z drugiej strony co ja bym niby zrobiła z takim dniem bez dzieci?

1. Mogłabym się wyspać ale trochę szkoda marnować wolny dzień na spanie, nie?

2. Mogłabym pójść na zakupy, żeby z nich wrócić z masą dziecięcych ciuchów i innych dzieciowych bzdetów jak zawsze.

3. Mogłabym posłuchać ulubionej muzyki. Tylko co tu wybrać, fasolki czy mini mini disco?

4. Mogłabym posprzątać no ale bez przesady aż tak powalona nie jestem!

5. Mogłabym pójść na spacer ale bez wózka, 20kg torby i rowerka pod pachą czułabym się chyba jak okradziona.

6. Mogłabym (i najpewniej to właśnie bym uczyniła) załatwić wszystkie swoje sprawy najszybciej jak to możliwe i popędzić do dzieci.

Bo kocham na zabój.

I nie wiem. 
Ja ciągle nie kumam jak to jest, że człowiek się najpierw roztyje jak prosiak, bo nosi w brzuchu. 
Potem wycierpi się przokrutnie bo trzeba to, to urodzić. 
Potem się da w połowie zjeść. 
Nie sypia, nie odpoczywa, nie wychodzi z domu, nie ma czasu na nic a i tak...
in the end of the day...  
powie ci, że TO, TO małe coś... 

...to najwspanialsze, co go w życiu spotkało...!!! :)



Ha!
A miałam nie marudzić! :D


5 komentarzy:

  1. <3 świetny tekst!
    ja ostatnio kilka razy poniosłam głos i mam wyzuty sumienia :(

    OdpowiedzUsuń
  2. fantastycznie napisane... Wchodzę na bloga codziennie (!) w oczekiwaniu na nową notkę... Okropnie zazdroszczę tak lekkiego i humorystycznego stylu pisania, wspaniale się czyta....

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej i bez tekstów Twoich synów fajnie się czyta co naskrobałaś:)
    Świetny dobór słów lepiej bym sama tego nie ujęła:)

    OdpowiedzUsuń