wtorek, 9 lipca 2013

Fajnie mam!

Jedna z niedzieciatych koleżanek powiedziała mi wczoraj cytuję:
"Fajnie masz, że możesz korzystać z tej pogody i siedzieć sobie cały dzień z dzieciakami w parku..."

No fajnie mam.
Bardzo fajnie!
Żeby nie było:
Ja swoich synów uwielbiam i bardzo doceniam, że mogę spędzać z nimi czas i patrzeć jak rosną!
Zazwyczaj jest fajnie. Często jest super fajnie! Ale czasami...
Czasami jest tak, że nie wiadomo czy się śmiać czy płakać...
Ostatnio było właśnie tak... opowiem Wam, żebyście wiedzieli o czym mówię:

Wybrałam się z Gamoniami na spacer, na Filtry. Koło 2 kilometrów do przejścia więc tragedii nie ma.
Franko w rozklekotanym maclarenie, Tymo na swojej biegowej strzale. Droga do parku idzie nam zawsze super tylko z powrotem zawsze jakoś bardziej pod górkę...
Wracamy zatem. Żar się z nieba leje... Tymo jedzie co raz wolniej, Franko marudzi co raz głośniej a tu jeszcze ponad połowa drogi przed nami. W pewnym momencie słyszę za sobą to, czego usłyszeć bardzo nie chcę...

 "Mamooo moje nóżki są zmęczone!"

Różnymi magicznymi sposobami udaje mi się zmusić go do przejechania na rowerku jeszcze kilkunastu metrów w rezultacie jednak Tym ląduje w wózku. Franka wrzucam w nosidle na plecy i ruszamy dalej.
W planach są jeszcze do kupienia owoce i bób dla taty więc to nie przelewki. Trzeba się toczyć dalej.
Dochodzimy do straganu z warzywami gdzie okazuje się, że brakuje nam gotówki. Szybka zawrotka do bankomatu- nieczynny. Dymamy więc naokoło do innego bankomatu, potem do innej budy z warzywami.

Udało się!

Franek całkiem przykleił mi się już do spoconych pleców, Tymo w między czasie zdążył się przeokrutnie znudzić. Widząc maliny w siatce otwiera alarm, że jest strasznie głodny i natychmiast musi je zjeść! Maliny lądują na Tymowych kolanach. Dostrzega je Franko i szybko okazuje się, że jeśli i on nie dostanie malin, moje bębenki tego nie przeżyją... Młodszy Gamoń otrzymuje zatem dwie maliny w małe łapki (będąc ciągle przyklejonym do moich pleców)...
Toczymy się dalej... Pierwszy napotkany krawężnik iiii BUM! Ciągle mam przed oczami slow motion z malin szybujących nad Tymkowymi nogami po czym dramatycznie rozsypujących się na chodniku... Jest rozpacz. Dzika i czarna...

Zawracamy! 

Nowe maliny są. Pożar ugaszony. Kolejny przystanek to samochód w którym musimy zostawić rowerek, chwilowo zawieszony na budzie wózka. Zaraz obok torby, piłki i trzech siatek z zakupami... Karawana normalnie... Pod samochodem okazuje się, że jak zwykle wsiąkły nam gdzieś kluczyki... Próby znalezienia ich przeciągają się co raz bardziej... Kończy się na torbie rozłożonej na chodniku.
Tymo prawie śpi w wózku, Franek zajął się malinami tak bardzo, że czuję, że ich sok zaraz wycieknie mi nogawką...
Są kluczyki.
Rower w aucie.

Ostatnia prosta... Tak mi się przynajmniej zdaje.

Wpadamy do domu. Zdejmuję z pleców Franka wyglądającego jak mały zombie. Tymo jeszcze nie zdjął butów ale już krzyczy: "mamoooo sikuuuuu!"...
Sadzam Tyma na nocnik, sama próbuję odkleić z pleców zamalinowaną bluzkę. Wychodzę z łazienki na 10 sekund. Nie zdążyłam zdjąć bluzki a w łazience awantura... Wpadam: Tymo stoi jak ostatnia gapa bez gaci, Franek z uśmiechem od ucha do ucha macha nocnikiem... Nie muszę pisać co się stało z jego zawartością. Wyganiam Tyma, wynoszę Franka, myję podłogę i słyszę, że Tymo wlazł do kuchni, w której siedzi pies zamknięty na czas nieobecności.
Jest cicho. Za cicho.
Pies zawsze wybiega i z radości robi dużo hałasu. Chyba, że nabroi...
Przeczuwając kłopoty wchodzę do kuchni w której okazuje się, że psa w zasadzie nie trzeba już wyprowadzać na spacer...
Myję podłogę, zdejmuję bluzkę, padam na gębę...

Fajnie mam co? :)

A tak właśnie wygląda nasza karawana...
Podwójnie załadowany, w zasadzie mocno przeładowany, rozklekotany maclaren...:)




12 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj tak , niestety u mnie czesto bywa podobnie :/ czyste szaleńtwo. Moi znajomi określaja moje życie jako ciągłą zabawe !?!? Chyba ze ścierką na zmane z pieluchą w ręku :/

    OdpowiedzUsuń
  3. ja mam właśnie takie boskie powroty po każdym naszym wspólnym wypadzie:P Ale co tam , kto jak kto, ale my damy radę!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Fajnie masz! ;) Uroki macierzyństwa podwójnego. Czasem jak na złość wszystko sie dzieje w najgorszym momencie i wali się i pali, ze nie wiadomo czy się śmiać czy płakać :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja podczas swojej pracy jako Niania nie pamietam az tak ciezkiego dnia, wiec naprawde szacun!;) za sile i taka pozytywna energie jaka masz nadal w sobie (mimo wszystko;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Powinnaś to gdzieś opublikować bo ja pokładałam się ze śmiechu czytając ten tekst - choć wiem że Tobie bynajmniej do śmiechu nie było ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. o matuluu :) wrażeń nie brakowało :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak Ci się udaje sztuka wkładania dziecka w nosidło na plecy bez niczyjej pomocy? Pytam serio, bo mam z tym trudności. Any tips & hints?

    BTW, zapraszam do siebie na bloga Drago Pogromcy, chociaż tam dzieje się o połowę mniej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wrzucam delikwenta na biodro (lewe bo tak mi łatwiej). Robię to jak mam już zapięte na biodrach nosidło i sobie wisi. Potem trzymając prawą ręką zad jegomościa, lewą rękę przekładam nad głową malucha, jednocześnie stopniowo przesuwając go na plecy. Potem jedną ręką asekuruję a drugą naciągam nosidło:)
      Dziękuję za zaproszenie! Na pewno zajrzę!!!:)

      Usuń
    2. Brzmi dość skomplikowanie, ale powinno się udać... ;) Dzięki!

      Usuń
  9. Tadam a mi się czasem dziwią że nie mogę zdążyć na czas idąc gdzieś z laskami.... zazwyczaj wyjście z domu wygląda podobnie - zawsze k ... coś

    OdpowiedzUsuń